Rozmowa z Saszą Różycką, autorką książki “Wenus bez futra” o pracy striptizerki, kryzysie, mitach związanych z jej zawodem i obraźliwych komentarzach, do których można się z czasem przyzwyczaić.

 
Newsweek: Obalmy kilka mitów.
 
Sasza Różycka: Nogi ubezpieczone na milion złotych? Kilka dziewczyn tak zrobiło. Kwestia priorytetów.
 
Newsweek: Ubezpieczenie, to chyba podstawa? 
 
Sasza Różycka: Wypadek na motocyklu i leżysz parę tygodni, co wtedy? Chorobowego nie masz. W Polsce raczej woli się milczeć, że ta branża w ogóle istnieje, ale jak się postarasz, to i umowę o pracę dostaniesz.
 
Newsweek: Nienormowany czas pracy w twoim zawodzie oznacza wolne, kiedy tylko chcesz. W swojej książce “Wenus bez futra” napisałaś, że przez sześć lat pracy, jako striptizerka objechałaś pół świata.
 
Sasza Różycka: Ale harujesz aż do utraty tchu i dopiero wtedy możesz sobie zrobić te parę tygodni przerwy. Chociaż niektóre dziewczyny wolą harować cały czas, żeby móc więcej odłożyć. Ja już nie pamiętam, kiedy miałam wakacje. Chyba, że mówimy o work and travel, które sobie urządzam od jakiegoś czasu. Cały zeszły rok tak wyglądał. Na wiosnę pracowałam w Monachium, później w Belgii, no i na koniec wakacji w Grecji, ale na szczęście były to Ateny.
 
Newsweek: A kryzys?!
 
Sasza Różycka: Wiem, ale ja trochę lubię takie syfiaste miasta. Szkoda tylko, że sam klub w Atenach był wyjątkowo nieciekawym miejscem. W sumie nie wiem, jak wytrzymałam tam tyle czasu.
 
Newsweek: Brud, to jedno, ale chyba musisz zarabiać pieniądze.
 
Sasza Różycka: A nie słyszałeś, że branża dóbr luksusowych umyka kryzysowi?
 
Newsweek: Tylko, że...
 
Sasza Różycka: Czy ta branża jest dobrem luksusowym? To raczej nietrwała przyjemność. Ale popatrz jak to wygląda w Polsce.
 
Newsweek: W naszej “zielonej wyspie”?
 
Sasza Różycka: Jak zaczynałam sześć lat temu, to już mówiono głośno o kryzysie, gazety trąbiły o tym bez przerwy, że katastrofa, bieda itd. A w klubie, w którym wtedy pracowałam? Dzikie tłumy, po kilkaset osób w weekendy. I pieniądze. Może to wynikało ze strachu, że zanim kryzys przyjdzie do nas, to jeszcze zdążymy się pobawić. Był szał, ale teraz jest do dupy.
 
Newsweek: Widać?
 
Sasza Różycka: Widać ludzi zmęczonych życiem, takich, którzy wyglądają na czterdziestkę, a mają dwadzieścia kilka.
 
Newsweek: W ilu klubach pracowałaś?
 
Sasza Różycka: Na świecie? Trudno zliczyć. W Warszawie to mój czwarty klub i nie zamierzam się stąd ruszać.
 
Newsweek: Właśnie. Czytając twoją książkę, myślałem o tym, że dziewczyna popracowała jako striptizerka, a teraz napisała spowiedź, w której wszystko obsmaruje, a tu zdziwienie...
 
Sasza Różycka: Bo dalej pracuję?
 
Newsweek: Tak.
 
Sasza Różycka: Zastanawiałam się, czy napisanie książki, kiedy dalej wykonuję ten zawód jest fair. Ale szybko mi przeszło. Raczej martwiłam się możliwymi konsekwencjami pokazania twarzy. Pracowałam kiedyś w klubie z dziewczyną, która wystąpiła w telewizji. Ludzie faktycznie przychodzili czasem na nią popatrzeć z ciekawości. Mi się to na razie nie zdarzyło, i całe szczęście.
 
Newsweek: Dla pisarki nie przyjdą?
 
Sasza Różycka: Ludzie, którzy przeczytają moją książkę zaspokoją swoją ciekawość na temat klubów ze striptizem.
 
Newsweek: Ale promocję książki mogłabyś przy okazji zrobić.
 
Sasza Różycka: Klub był bardzo za tym. Nawet DJ chciał sprzedawać moje książki gościom, ale spotkanie autorskie odbyło się na bardziej neutralnym gruncie – wydawnictwo uznało, że szkoła pole dance to bezpieczniejsza opcja.
 
Newsweek: A jak odbiór?
 
Sasza Różycka: Dobry, bo chełpliwie powiem, że to dobra książka, ale ciężko ją bronić. Ludzie spodziewają się taniej sensacji. Nie sięgają po nią, bo wiedzą z góry, co tam znajdą. Większość recenzji, które do mnie spływają, zaczyna się od słów: “Podchodziłem do tego, jak do jeża” albo “Nie wiedziałem, czego się spodziewać”. Problem z tą książką jest taki, że się nie kajam. Ludzie oczekiwaliby wyznań nawróconej kurtyzany, ja im tego nie serwuję. Kilka lat się odgrażałam, że napiszę książkę.
 
Newsweek: Odgrażałam?
 
Sasza Różycka: Jak patrzysz na to wszystko z bliska, rozmawiasz przez kilka lat z ludźmi, którzy tam pracują i przychodzą, to naprawdę masz ochotę zrobić reality show albo napisać książkę. Ten świat jest zwyczajnie ciekawy.
 
Newsweek: A niby mamy do niego łatwy dostęp.
 
Sasza Różycka: Pokutuje wiele stereotypów na temat klubów ze striptizem. Dostajesz ciągle łatki, które musisz odklejać. Przykład pierwszy z brzegu, to ciągłe wyjaśnianie, że striptizerka nie jest prostytutką. Tylko widzisz, dla mnie bycie prostytutką nie jest uwłaczające, ale to nieustanne histeryczne wyjaśnianie, że nią nie jestem sprawia, że w jakiś sposób deprecjonuję ten zawód. Oczywiście tancerka może pójść z facetem na seks za pieniądze, tak samo, jak może się to zdarzyć w innych zawodach. Szkoda, że istnieje jednak stygmat, że tancerka jest prostytutką.
 
Newsweek: I wtedy mówisz...
 
Sasza Różycka: Że tancerki erotyczne, to normalne dziewczyny. Tylko, co to znaczy normalne? Studentki? Dziewczyny z korpo? Matki z dziećmi? Na pewno nie dziwki, chociaż osobiście nie widzę powodu, dla którego dziwka też nie miałaby być „normalną dziewczyną”. Oczywiście masz kluby, które są regularnymi burdelami, w których zarabia się “na pięterku”. I takie miejsca psują trochę wizerunek klubów, w których serwuje się tylko i wyłącznie taniec. Tyle że nawet w takich miejscach tą prostytutką można być, ale w żadnym wypadku nie trzeba. Patrz, teraz niedawno wybuchła afera z dziewczynami, które wyjeżdżały do Szejków. Czy musiały? Raczej nie, po prostu chciały. A ludzie i tak to nam cisną, że z definicji jesteśmy kurwami i szmatami, podczas gdy jedyne, co robimy, to tańczymy i się rozbieramy.
 
Newsweek: Ludzie, którzy tak mówią, czują się przez to lepiej?
 
Sasza Różycka: Pewnie tak, ale to podwójna moralność. Gdybyś tylko zobaczył, kto do nas przychodzi. Nigdy o tym nie napiszę, bo jestem winna tym ludziom dyskrecję, ale regularnie pojawia się u nas na przykład aktor, którego wszyscy postrzegają jako sympatycznego, ułożonego kolesia, dobrego ojczulka, a prywatnie to straszny menel, który śmierdzi na kilometr, a jak wchodzi, od razu chce cię łapać za dupę i pyta o bzykanie.
 
Newsweek: Często słyszysz takie rzeczy.
 
Sasza Różycka: Po książce jeszcze więcej. Zdarzają się dobre komentarze, ale 90% to regularny hejt, z którym nie ma co walczyć. Bo niby jak mam odpowiedzieć na komentarz, że mój ojciec posuwał swoją siostrę i dlatego wyglądam jak upośledzona? Jest skończona ilość inwektyw, które mogą cię obrazić. Później już nic cię nie zaskoczy. Przyzwyczajasz się. Jak ktoś czuje się w obowiązku podzielić ze światem wiadomością, że jestem kurwą, żeby się poczuł lepiej, to ok, krzyż na drogę. Na początku boli, ale później zlewasz.
 
Newsweek: Szybko się przyzwyczaiłaś?
 
Sasza Różycka: Tak, bo to jest ciągle to samo. Zresztą moja praca okazała się niezawodnym filtrem do kontaktu z ludźmi. To, że mówię otwarcie, czym się zajmuję, pokazuje mi poprzez reakcję ludzi na tę odpowiedź, z kim mam do czynienia.
 
Newsweek: I ciągłe słuchanie kłamstw. W książce opisujesz faceta, który do końca się wypierał przy żonie, że 5 tysięcy złotych, które wydał poprzedniego wieczoru, to rachunek z pizzerii i go oszukano.
 
Sasza Różycka: To barwny przykład, dlatego go użyłam, ale z takimi sytuacjami spotykam się niemal każdego dnia. Siedzę z facetem, pijemy szampana, on opowiada, jaką pozycję najbardziej lubi, a po chwili dostaje smsa od żony i odpisuje, że siedzi z Krzyśkiem i zaraz wróci. To jest jego problem, jego sprawa. Jeśli ta forma zabawy mu odpowiada, niech będzie. Nie odpowiada jego żonie? To też nie mój problem. Zresztą wszystko to bierze się z przekonania, że robimy coś bardzo złego.
 
Newsweek: Mężczyzna, który cię odwiedza również.
 
Sasza Różycka: On przede wszystkim. Ma straszne poczucie winy. Ludzie nagość sprowadzają do prywatności, rezerwują to dla związku. Szanuję taką postawę, dla niektórych to faktycznie podstawa relacji. Idąc do klubu łamią tę zasadę, ale co ja mam do tego?
 
Newsweek: A może ta żona go wczoraj zdradziła z jego najlepszym kolegą?
 
Sasza Różycka: Możliwe, dlatego muszę ignorować podobne sytuacje. Jest jakaś granica. Jeśli się zaczniesz nad tym zastanawiać, to zgłupiejesz. Może się kreuję na silną kobietę, ale muszę cię rozczarować. Nie jestem najlepszą striptizerką na świecie. Jak pracowałam na zachodzie, to po prostu tańczyłam, zamieniałam kilka zdań, to było bardzo powierzchowne. W Polsce czasami siedzisz z kimś godzinami i rozmawiasz o jego osobistych sprawach, o problemach. Mam za dużo empatii i zaczynam się zastanawiać, po co facet tu przyszedł, staram się zrozumieć motywy, które nim kierują, czasami nawet usprawiedliwiać jakieś jego zachowania, a w sumie nie powinnam.
 
Newsweek: Wyrzucono go z pracy, zdradza go żona, dzieci olały...
 
Sasza Różycka: A ja? Miarą mojego profesjonalizmu jest to, na ile mogę się od tego odciąć i przy okazji pomóc mu o tym zapomnieć. Zagrać tak, żeby spełnić jego oczekiwania i nie przejmować się problemami. On jest w miejscu, gdzie ma wydać pieniądze, ja, gdzie mam je zarobić. Tyle. Jak się zaczynam rozczulać, to wiesz co się dzieje? Gość po chwili znika z dziewczyną, która jest od ciebie twardsza. A ja chyba jestem za miękka, chociaż nie wiem, czy to źle. Może w pracy to mi się nie przydało, ale przy pisaniu książki - na pewno.
 
newsweek.pl
 

Dodaj komentarz


Szukaj

Ostatnio dodane

Newsletter

Zapisując się na newsletter, zgadzam się na przetwarzanie danych osobowych, akceptując warunki Polityki prywatności.
BIGtheme.net http://bigtheme.net/ecommerce/opencart OpenCart Templates