"Prawdziwy świat BDSM nie wygląda tak jak w "50 twarzach Greya". Bawi mnie ta książka, choć przyznaję, że jestem wdzięczna autorce, bo uświadomiła wielu ludziom, że kink istnieje i nie jest taki straszny" - opowiada Mira, pracująca jako prostytutka BDSM w Berlinie.
 
Jesteś prostytutką, dominą. Co skłoniło cię do wyboru najstarszego zawodu świata?
 
Nie owijajmy w bawełnę. Jestem kurwą. Odkąd pamiętam miałam dwie fascynacje: zakonnice i prostytutki. Uważam, że podział kobiet na święte i ladacznice, tak mocno zakorzeniony w Polsce, jest sztuczny. Moim zdaniem oba bieguny każda z nas ma w sobie, tyle że jeden z nich jest społecznie wyparty.
 
Sama decyzja była wynikiem większego procesu transformacyjnego. Wszystko zaczęło się od mojego doświadczenia erotycznego z Perwersyjną Boginią. To była jedna noc z kobietą, która zupełnie odmieniła moje życie. Po tej wspólnie spędzonej nocy, czułam się jak nowo narodzona. Ja, z masą kompleksów, nieakceptująca swojego ciała, rano tańczyłam nago przed lustrem i byłam wniebowzięta. To było tak wspaniałe uczucie, że od razu obudziła się we mnie tęsknota. Chciałam wtulić się w tę miękką podusię miłości i tam już zostać.
 
Nie wierzę w przypadki. Kilka dni później wpadła mi w ręce książka "Cunt: A Declaration of Independence", tekst o matriarchalnej prostytucji.
 
Jeszcze w Polsce zaczęłam badać temat. Chciałam zacząć od queerowego sex worku, ale zniechęciłam się po reakcji jednej z potencjalnych klientek: Uważaj, to środowisko jest małe, będziesz spalona, jak cię ktoś rozpozna.
 
Momentem przełomowym był mój wyjazd. Wyjechałam bez grosza przy duszy, ale Berlin przyjął mnie bardzo miękko. Na miejscu szybko zorientowałam się, że środowisko seks pozytywne jest duże i funkcjonuje jak jedna wielka rodzina. To dało mi poczucie komfortu.
 
Po jakimś czasie i nieudanej próbie pracy jako escort, wpadła mi w ręce ulotka masażu erotycznego, którą wcześniej dostałam na konsultacji w Hydrze (punkt konsultacyjny dla pracownic/ków seksualnych działający od ponad 30 lat w Berlinie). Zadzwoniłam, umówiłam się na spotkanie, a następnego dnia zaczęłam pracę. Nie miałam żadnego doświadczenia, ale szybko opracowałam własny styl. Najpierw zaczęłam używać przedramion, potem biustu, pośladków, aż w końcu całego ciała, pływając naoliwiona po moich klientach. Inspirowałam się masażem czterech elementów. Nie chciałam robić nic wbrew sobie. Obserwowałam uważnie swoje ciało, jak reaguje, czy wyraża zgodę na tego rodzaju pracę i to ono decydowało, co i jak mam robić.
 
Jak wyglądał wtedy twój dzień pracy?
 
Salony otwarte są między 10:00-22:00. Pracowałam 3-4 dni w tygodniu, zmiana po 8 godzin. Jest co robić. Kiedy przychodzi klient wybiera sobie dziewczynę na podstawie jej wyglądu albo techniki masażu, z jaką pracuje: klasyczny, tantryczny, shiatsu.
 
Jacy klienci przychodzą na masaż z finałem?
 
Przychodzą panowie w różnym wieku, różnej rasy i o różnej aparycji. Studenci, robotnicy i biznesmeni. Żonaci i kawalerowie. Generalnie ci, którzy chcą więcej niż stosunku. Chcą pobyć z ładną dziewczyną, potrzebują bliskości, dotyku.
 
Czego się tam nauczyłaś?
 
Czasem zdarzali się mniej kulturalni klienci. Lecieli z łapami, pytali o nagrodę albo wprost czy mogłabym wziąć go do buzi. W którymś momencie miałam tego dość i powiedziałam klientowi, że jak jeszcze raz mnie o to zapyta, to wyjdę i będzie musiał sam sobie obciągnąć. To pomogło i to był moment przełomowy. Wtedy zrozumiałam, jak ważna w każdej dziedzinie sex worku jest świadomość swoich granic i wyraźne komunikowanie ich.
 
Czy tobie taki masaż sprawia przyjemność?
 
Tak. Dość długo dobrze się tam bawiłam, to medytacja w ruchu. Często też po swoich sesjach słyszałam, że panowie czują, że znają mnie z poprzedniego wcielenia, że podoba im się takie połączenie i bliskość nienastawione wyłącznie na "efekt", czyli wytrysk. Mówili, że dużo z siebie daję. To przekonywało mnie, że ta moja wizja duchowego seksu ma sens. W końcu jednak przyszedł moment, kiedy zaczęłam wyraźnie odczuwać, że ta wymiana energetyczno-finansowa przestała być w równowadze, że daję dużo więcej. Wtedy postanowiłam zrobić sobie przerwę i na spokojnie zdecydować w jakim kierunku chcę zmierzać. Zresztą i tak dla mnie było tam za waniliowo.
 
Co było dalej?
 
W międzyczasie rozwijałam się duchowo. Z małej zakompleksionej dziewczynki stawałam się świadomą kobietą, która doświadcza jako część większej całości. Wcześniej miałam swój pierwszy kontakt z bondage (wiązaniem), który był kolejnym przełomem. Zaczęłam chodzić do klubu fetysz na otwarte spotkania bondage. Tak w to wsiąkłam, że przez 2 lata byłam tam prawie co tydzień. W którymś momencie kupiłam pierwszą linę i zaczęłam ćwiczyć węzły. Im głębiej wchodziłam w kink, tym konkretniej formowała się moja perwersyjna filozofia, że w zasadzie całe życie to jedna wielka impreza BDSM. Wszyscy gramy mniej lub bardziej świadomie różne role. Najczęściej jest to konstelacja kat-ofiara. To był moment, w którym zaczęłam pracę w studio BDSM jako domina.
 
Czym różniła się ta praca od poprzedniej?
 
W masażu masz pewną rutynę. Tutaj każda sesja jest inna, każda jest wyzwaniem, a spektrum możliwości jest praktycznie nieskończone. Najczęściej mam kilka punktów (ramy określone przez usługobiorcę), przez które wiem, że mam przejść, reszta to improwizacja. Lubię jasne komunikaty dotyczące tego, czego się ode mnie oczekuje, jaki charakter mam grać. Muszę wiedzieć przed sesją, czy już na wstępie mam delikwenta walić po twarzy i krzyczeć: kładź pieniądze na stół ty zaszczana dziewczynko, czy mam być czuła i troskliwa, zawinąć w pieluszkę i poić mojego bobasa soczkiem (mieszanym pół na pół z moim moczem, oczywiście). No i klienci są inni. Są starsi, bardziej ustawieni, głównie garniacy. BDSM to usługa bardziej luksusowa, droższa. Dlatego panowie nie przychodzą częściej niż raz w miesiącu.
 
Z jakimi fantazjami najczęściej przychodzą?
 
Z fantazjami o seksie analnym. To dla wielu mężczyzn wciąż sfera tabu, bo kojarzy się z homoseksualizmem oraz uległością. Serwuję im całe spektrum od delikatnego masażu anusa, przez palcówki, korki analne, dilda aż po fisting, a nawet footing.
 
Jaki masz rozmiar stopy?
 
39. Pracując jako domina uświadomiłam sobie, że tabu doświadczania przyjemności seksualnej nie ciąży wyłącznie na kobietach. Zdecydowana większość uległych klientów to mężczyźni, a nie ma społecznego przyzwolenia na tę formę ekspresji seksualnej. Mężczyźni też nie mogą pokazywać swojej miękkiej strony, słabości, wrażliwości.
 
To taki mentalny pas cnoty.
 
Dokładnie. I dopóki te tabu istnieją, ja i moje koleżanki będziemy miały dobrą pracę. A to pewnie się nie zmieni przez kolejne kilkadziesiąt lat. U mnie taki pan za pewną opłatą może przeżyć to, o co nigdy nie poprosi swojej żony czy dziewczyny, bo boi się ośmieszenia i odrzucenia. Ja go nie oceniam.
 
Po co jeszcze przychodzą faceci?
 
Wiesz, co to jest "jeżyk"? A ja już wiem. Jeden z panów na sesji poprosił o włożenie mu w odbyt i pod napletek patyczków do uszu. Miałam też pana, który poprosił mnie żebym zawiesiła na jego penisie i jądrach wiaderko, do którego dolewałam wody. Wprawdzie umówiliśmy się na 2 litry, ale skończyło się na pięciu. Ku jego zadowoleniu oczywiście. Powiedział, że następnym razem spróbujemy 10. Kolejny delikwent, malutki, chudziutki, lubił jak opowiadało mu się o różnych okropnościach, które mu się zaraz zrobi. Lubił na przykład, jak go straszyłam kastracją. Przynosił nawet ze sobą takie specjalne narzędzie do kastrowania koziołków.
 
Straszysz, straszysz i co potem?
 
Stymulacja członka.
 
Czy każda sesja kończy się orgazmem, czy niektórym wystarcza sama zabawa?
 
Zdecydowana większość z nich kończy się orgazmem. Najczęściej na koniec panowie się masturbują, doprowadzam ich ręką do orgazmu, czasem ktoś ssie moje palce u nóg i się ociera. Zdarza się też penetracja waginalna lub analna, albo pakuję kolesia w lateks, zakładam strap-on i zabieram się do roboty! To praca jak każda inna. Czasem jak mam gorszy dzień, po pół godzinie posuwania myślę sobie, no dobra dochodź już. Ale najczęściej sama mam z tego frajdę. Poza tym rectum to miejsce, w którym gromadzą się traumy. Poprzez stymulacje można dużo uleczyć.
 
Nasze ciało często pamięta to, co umysł z siebie bardziej lub mniej świadomie wyrzucił. Może dlatego te największe lęki i największe żądze manifestują się właśnie w seksie.
 
Często to, co było w dzieciństwie źródłem lęku, ograniczenia, frustracji, przeistacza się w dorosłym wieku w to, co nas podnieca. Ja w tym procesie widzę bardzo dużą rolę kościoła. Niedawno poszukiwałam w internecie gadżetów do fetyszu sesji fotograficznej, w której byłam zakonnicą. Znalazłam świetny sklep, ze wszystkim czego szukałam: pejcze konopne, włosiennice, kadzielnice... Moje zdziwienie było wielkie, kiedy zorientowałam się, że jest to sklep prowadzony przez siostry zakonne a nie fetysz shop. Kościół jest bardzo BDSM-owy. Tam jest dużo uległości i dominacji, bondage, bólu, "uszlachetniającego cierpienia".
 
Czy masz jakąś specjalizację?
 
Moje motto to "Natürlich pervers" (naturalnie perwersyjna). Naturalność oznacza również to, że się nie golę. Nigdzie. Ważny dla mnie jest związek z naturą. Klienci to uwielbiają. To dla nich ważne, żeby widzieć, że nie gram, nie udaję. Dlatego potrafią jeździć do mnie na sesje z drugiego krańca Niemiec. Mam wrażenie, że my na Zachodzie mamy jakąś manię golenia. Golimy każdy włosek zanim się pojawi, przycinamy trawniki, klomby, krzewy, drzewa. To jakaś kompulsywna potrzeba kontroli natury.
 
Czy dużo jest mężczyzn, którzy lubią owłosione cipki?
 
Nie wiem czy dużo, ale na pewno ja takich przyciągam. Wiesz jak to jest: każda potwora znajdzie swego amatora.
 
Zdarzają ci się klienci, którzy są fetyszowymi dziewicami?
 
Tak, i w sumie bardzo takich lubię. Ci doświadczeni, którzy mają już bardzo sprecyzowane wymagania (kopfkino), bywają trudniejsi we współpracy. Przyszedł do mnie kiedyś taki klient, który zamówił sobie "fizyczne podniecanie i hamowanie". Podczas zabawy cały czas czułam, że coś jest nie tak. Na koniec zapytałam, co go skłoniło do przyjścia i okazało się, że na zdjęciu w internecie przypominałam jego byłą. Chodziło bardziej o role-playing niż o same techniki.
 
Wspominałaś, że jesteś switchem (osobą, która jest zarówno dominująca, jak i uległa). Czy to nie jest zbyt niebezpieczne oddać się w ręce nieznajomej osoby?
 
Nie switchuję jeden do jednego. Nie na wszystko moim klientom pozwalam. Lubię spanking i tę ciężką męską dłoń na moich pośladkach. Bawię się też w zapasy (play-fight), oczywiście bardziej play niż fight. Ach! Miałam kiedyś takiego sadystę, z którym robiłam sesje jako uległa. Przynosiłam do niego swoje ulubione zabawki. Mam na przykład takiego krokodylka z cienkiej miękkiej gumy z metalową rączką i jak tym się przyłoży to ból jest głębszy niż jak się użyje szpicruty.
 
Ból to ciekawy temat. W naszej kulturze postrzegany jest bardzo negatywnie.
 
Kwestia interpretacji. Dla mnie ból to intensywna stymulacja. Kiedy potraktujemy go jako narzędzie, a nie cel sam w sobie, może okazać się, że robi się przyjemnie. Każdy klaps dla osoby, która tego chce i jest na to gotowa, wpompowuje w organizm kolejną dawkę endorfin, które jak wiadomo poprawiają samopoczucie, a nawet wywołują euforię.
 
A bondage? Mnie autentycznie przeraża opcja bycia związaną. Co ludzi w tym kręci?
 
Ja na przykład podczas jednej z sesji wiązania miałam doświadczenie wyjścia poza ciało. To zupełnie odmieniło moje życie. Pewnie to, jak odbieramy tego typu doznania zależy od doświadczeń i wspomnień w ciele. Bondage może być jak akupresura, bioenergetyka, czy wiele innych technik mających ten sam cel. Uzdrawia, uwalnia emocje z ciała, poprawia przepływ energii, odblokowuje.
 
W bondage można zajmować się sznurem, węzłami i efektami wizualnymi, a można też skupiać się na człowieku, na interakcji, dialogu. W pierwszej opcji osoba wiązana najczęściej się nudzi. Mam wrażenie, że gdyby miała wolną rękę, dłubałaby sobie w nosie. Ta druga wprowadza cię w medytacyjny stan umysłu.
 
Podczas tych doświadczeń z byciem wiązaną uświadomiłam sobie, jak ważna i odpowiedzialna jest rola dominy. Po takiej sesji i doświadczenia błogostanu, nagłe lądowanie na "ziemi" bywa twarde. Trzeba mieć wyczucie, jak bardzo można zbliżyć się do klienta i jak głęboko wejść w sesję, żeby potem bezpiecznie wypluć go na ulicę. Musiałam doświadczyć tego na swojej skórze. Każda intensywna sesja jest jak ponowne narodziny.
 
Wiele z tych praktyk jest bardzo niebezpiecznych.
 
Oczywiście. Dlatego ważne jest żeby wszystko robić z głową. Są dwie szkoły, wg których działają ludzie. "Safe, sane, consensual" (bezpieczeństwo, zdrowy rozsądek i obopólna zgoda) zakłada omawianie wszystkiego i ustalanie warunków, w tym kodów (tzw. żółtych i czerwonych kartek) przed sesją oraz RACK: Risk Aware Consensual Kink. Ta definicja zakłada, że obie bądź wszystkie strony są w pełni świadome swoich decyzji i związanego z nimi ryzyka.
 
A jak wygląda kwestia higieny?
 
Koleżanki po fachu w żartach mówią, że praca dominy to głównie mycie, sprzątanie i czyszczenie. Klienci potrafią nieźle nabrudzić. Oczywiście używamy prezerwatyw, rękawiczek, dezynfekujemy zabawki, unikamy ryzykownych zachowań. No i badamy się regularnie. Sex workers to chyba najbardziej uświadomiona seksualnie grupa społeczna.
 
Czy podpisuje się umowy z klientami?
 
To co robię, robię legalnie. Jestem zarejestrowana i płacę podatki, ale chciałam zaznaczyć, że prawdziwy świat kinku, przynajmniej ten, w którym żyję i który praktykuję, nie wygląda tak jak w "50 twarzach Greya". Bawi mnie ta książka, choć przyznaję, że jestem wdzięczna autorce, bo uświadomiła wielu ludziom, że kink istnieje i nie jest taki straszny.
 
Czy rynek domin jest duży?
 
Jest coraz większa konkurencja, zwłaszcza w Berlinie. Dlatego często jeździmy w teren na przykład do Szwajcarii. Tam w ciągu kilku dni możemy zarobić więcej niż przez miesiąc w Berlinie.
 
Za co dostaje się dodatkową kasę?
 
W masażu za anal, oral, stosunek. W BDSM na przykład za zostawianie śladów, za czarny kawior, latex.
 
A czy są rzeczy, na które się nie godzisz?
 
Ostatnio nie zgodziłam się na wożenie po mieście w bagażniku. Jeden z klientów miał taką fantazję masturbacyjną. Niestety niemieckie prawo tego zabrania. Nie robię też na razie sesji z igłami, choć byłam już na warsztatach i powoli się do tego przymierzam. Nie daję się też wiązać podczas sesji switchowych.
 
Czy przychodzą do ciebie również kobiety?
 
Ja miałam raz parę, ale to była sesja coachingowa, podczas której uczyłam panią jak dominować partnera. Zdarza się też tak, że klient wynajmuje inną prostytutkę i udaje, że jest to jego dziewczyna. Mam też taką znajomą, która ma fajny trick. Mówi, że ma fantazję na seks z drugą kobietą i wtedy on bukuje ją i koleżankę. Rzadki typ to tzw. "Shewolf", samotna wilczyca. Takiej jeszcze nie miałam.
 
Czy zdarza ci się przywiązywać się do klientów? To bardzo intymna praca.
 
W masażu miałam takich trzech panów. Jeden mnie odnalazł przez internet i jest obecnie moim klientem, o pozostałych dwóch bardzo ciepło myślę. Zresztą z tym masażem jest ciekawie. Podobno klienci cały czas o mnie pytają.
 
W życiu prywatnym spotykasz się z kobietami, w pracy praktycznie wszyscy twoi klienci to mężczyźni. Co myślisz o facetach?
 
Generalnie dobrze myślę. Ponieważ jednak jestem świadoma swoich granic i tego, na co pozwalam innym w kontakcie ze mną, moje prywatne relacje z tą płcią są raczej ograniczone. Wynika to z powszechnie akceptowalnych, kulturowo uwarunkowanych zachowań, na które mój próg tolerancji znacznie się podniósł. Mam na myśli to, co nazywam zaznaczaniem terytorium, "obsikiwaniem terenu". To może być niechciany dotyk, zaczepianie na ulicy, pouczanie mnie czy mówienie mi, co i jak mam robić, zwłaszcza kiedy na danym temacie znam się lepiej...
 
Czy twoja praca wpływa na prywatne życie seksualne?
 
Moje życie seksualne najbardziej lubię porównywać do gotowania w kuchni. Jako domina prowadzę restaurację. Robię potrawy na zamówienie ze składników, jakie komuś smakują. Ze szczyptą mojej autorskiej mieszanki przypraw. Nie interesuje mnie serwowanie hot-dogów, zajmuję się kuchnią wykwintną. Jak ktoś dobrze zapłaci to serwuję nawet czarny kawior. Ale to jest biznes, konkretna wymiana. Dostaję kasę, dzięki której mogę żyć, regenerować siły i inwestować w siebie i swoje narzędzia. Prywatnie zrobiłam się bardziej wybredna. Tu nie ma miejsca na osoby, które wpychają bez wyczucia łapy do garnka albo grzebią niepytane po szafkach. Tu jest miejsce na powolne smakowanie i celebrację. No i jest jeszcze moje hobby, matriarchalna prostytucja, na którą patrzę jak na kultywowanie starych zapomnianych receptur. To jest coś co robię z pasji i czym za symboliczną opłatą chcę się dzielić z innymi.
 
Nigdy nie żałujesz, że wybrałaś taką pracę?
 
Bądźmy szczere, dostaję całkiem niezłą kasę za to, żeby być wielbioną. Klienci, którzy trafiają do mnie, chcą mnie taką, jaka jestem i doceniają to, co jest dla mnie ważne, czyli naturalność. Też te wszystkie nowe doświadczenia kształtują mnie jako istotę seksualną, wpływają na poszerzanie moich granic, na sposób wyrażania się w seksie, na akceptację siebie i swojego ciała. Kawałek po kawałku przesuwa się moja granica tolerancji i to co było w mroku i dawało poczucie wstydu i winy wychodzi na światło dzienne. Są badania, które potwierdzają, że ludzie, którzy bawią się w kink są dużo bardziej zrównoważeni emocjonalnie i szczęśliwsi. Nic tak nie frustruje jak tłumione popędy.
 
Jak ludzie reagują, kiedy mówisz im czym się zajmujesz?
 
W Polsce można podzielić ich na trzy grupy: "Martwię się, że ktoś będzie cię wykorzystywał”, "Czuję, że będziesz żałować", "Jesteś pewna, że nikt cię nie zmusza?". Za granicą jest o wiele lepiej, ludzie okazują więcej szacunku dla moich autonomicznych decyzji. Przede wszystkim są ciekawi. Często spotykam się też z reakcją: "Może ja też spróbuję?".
 
W ten sposób już kilka osób dzięki mnie spróbowało. Jedna ostatnio stwierdziła, że jasna wymiana, konsens i klarowne stawianie granic bardzo różni sex work od sytuacji, w których wielokrotnie za pewne materialne korzyści decydowała się wymienić część swojej intymności, a w których układ był nie do końca jasny i w których czuła się osaczona lub zagrożona.
 
Istnieje taki stereotyp, że prostytutka jest nieszczęśliwa, wykorzystywana, zmuszana. Heloł, ja wydałam kilka tysięcy na szkolenia, sprzęt, stroje. Cały czas w siebie inwestuję. Większe rzeczy jak fotel ginekologiczny czy maszyna do penetracji są na wyposażeniu studia, ale mam swoją kolekcję pejczy, klamerek na sutki, korków analnych, dild, wibratorów. To wszystko kosztuje.
 
A jak zareagowała twoja rodzina na wybór, jakiego dokonałaś?
 
Najważniejsza osoba z tzw. bliskich, czyli moja matka, w pełni respektuje mój wybór. Poza tym, że jestem jej córką, jestem dla niej niezależnym podmiotem z własnym życiem, o którym sama decyduję. Hurra entuzjazm to to może nie był, ale sam szacunek dla moich wyborów daje ogromne wsparcie. Jestem cholernie wdzięczna, że mam taką mamę, jaką mam!
 
Źródło: gazeta.pl
 

Dodaj komentarz


Szukaj

Ostatnio dodane

Newsletter

Zapisując się na newsletter, zgadzam się na przetwarzanie danych osobowych, akceptując warunki Polityki prywatności.
BIGtheme.net http://bigtheme.net/ecommerce/opencart OpenCart Templates