Polska epoka kazirodztwa
 
Kazirodztwo pozwalało napełniać kabzy akolitom Zygmunta Freuda. Dodawało też pikanterii filmowi i prozie. Może wstyd przyznać, ale nasi przodkowie mieli na punkcie tego zjawiska prawdziwą obsesję.
 
Mężczyźni nie przepadają za swoimi teściowymi. Słysząc takie zdanie, można by przytaknąć, lekko się uśmiechnąć albo zbyć je jako banał. Wydawany w Krakowie "Kurjer Wieczorny" zrobił jednak znacznie więcej. W 1924 roku redakcja pisma postanowiła dotrzeć do samego sedna sprawy.
 
"Nasuwa się pytanie, jaki cel ma ta norma wzajemnego unikania się teściowej i zięcia i dlaczego styczność ich uważana jest za magicznie niebezpieczną" – drążył publicysta gazety występujący pod pseudonimem "Sigma". I nawet nie próbował trzymać czytelników w napięciu. Szybko zawyrokował: "Otóż cel tej normy, ograniczając odpowiedź do najbardziej pierwotnych i podstawowych przyczyn psychologiczno-społecznych jest jeden. Zapobiegnięcie stosunkom kazirodczym między zięciem a jego teściową".
 
Kazirodztwo dotyczy każdego. Dziennikarz nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Pisał o popędzie powszechnym i tylko z trudem spychanym na margines świadomości przez wyuczone zasady etyki, prawidła kultury czy przepisy prawne. Przypominał, że wśród Aborygenów są (rzekomo) plemiona, w których "mężczyźni, wyruszając na wojnę, (…) rzucają się na "zakazane kobiety" i obcują płciowo z własnymi siostrami, matkami i teściowymi".
 
Takim dzikusem – argumentował – w głębi serca jest także dowolny dwudziestowieczny dżentelmen, skrywający swoje pierwotne pragnienia pod elegancko skrojonym frakiem i szykownym cylindrem. Choćby nawet nowoczesny Polak o tym nie wiedział, to "przy każdym zetknięciu" z teściową rodził się w nim "odruch pokusy zakazanego normą społeczną stosunku seksualnego". I ten właśnie odruch, na skutek wewnętrznej walki i lawiny sprzecznych emocji, przeistaczał się w uczucie rezerwy, wstrętu czy zwyczajnej wrogości. Bo w końcu – ten się czubi, kto się (aż za bardzo) lubi.
 
Nie każdy zgodziłby się z poglądami zaprezentowanymi w "Kurjerze". Sama fascynacja krewniaczą erotyką była jednak w czasach II Rzeczypospolitej powszechna. Ojcowie psychoanalizy podkreślali, że "naturalnym objawem u dziecka jest, zabarwione płciowo, uczucie w stosunku do matki". Dopiero poprzez odpowiednie wychowanie można było wytworzyć "hamulce, powstrzymujące od skierowania popędu płciowego ku najbliższym krewnym". Nie każdy jednak wyzbywał się wrodzonego kompleksu Edypa (i jego wariacji). Kazirodztwo – zarówno to prawdziwe, jak i insynuowane – pozwalało napełniać kabzy akolitom Zygmunta Freuda. Dodawało też pikanterii filmowi i prozie.
 
Gdy na ekrany kin w 1930 roku weszło "najnowsze arcydzieło europejskiej produkcji" pod tytułem "Cierniowa droga miłości", w reklamach prasowych znalazł się nawet… przepis Kodeksu karnego. "Międzynarodowa obsada. Wszechświatowej sławy aktorka Olga Czechowa" – brzmiały zwyczajowe slogany. Obok zaś dopowiedziano: "Potężny dramat miłości i poświęcenia na tle popełnionego przestępstwa § K.K. 173 (kazirodztwo)".
 
Jeśli widzom obraz nie wystarczał, mogli udać się do księgarni, po świeżą powieść Leonharda Franka. Ten niemiecki dysydent był znany z głośnych wystąpień antywojennych. Od stosunków politycznych przeszedł jednak płynnie do rodzinnych. Fabułę Brata i siostry osnuł na tle głośno komentowanego przez psychoanalityków "Schwesterkompleksu".
 
Książka ukazała się po polsku w roku 1931 i zebrała doskonałe recenzje. Mówiono, że Frank rzuca światło na "kazirodczą miłość seksualną między rodzeństwem", która "w prapoczątkach bytu człowieka" była "czymś zupełnie naturalnym". Tekst chwalono za ujęcie tematu "tak delikatnym chwytem, że książkę można było przeczytać bez odrazy, a mówić o niej – bez zakłamania".
 
Frank szybko znalazł naśladowców. Była wśród nich także krakowska debiutantka, Maria Midowiczowa. Miała niespełna 30 lat i na gwałt szukała tematu, który pozwoliłby jej się wybić. Na fali zainteresowania "Schwesterkompleksem" w 1932 roku wypuściła "Szkarłatny Sonet". Tu też był kompleks, tyle że matczyny. No i zarysowany nad wyraz topornie. Recenzentka "Gazety Lwowskiej" komentowała:
 
Powieść Midowiczowej, mimo całej potworności fabuły, jest zjawiskiem zupełnie nieszkodliwym. Nikogo nie nawróci na wiarę bezwzględnego erotyzmu, nikomu nie zawróci w głowie moral-insanity, podana stylem pensjonarskich zwierzeń, rzucona z pośpiechem (…) zadyszana i rozpalona rozkoszą plotkowania zdąża wszelkimi skrótami do końca.
 
Rezultat takiego tworzenia jest zgoła nieoczekiwany: rodzi się naiwność perwersji tak rozbrajająca, że aż bezgrzeszna. Scena aktu miłosnego matki i syna nie sprawia większego wrażenia, niż scena na balu (z kolegą syna), w hamaku ("cieplutkie pocałunki" malarza) czy w taksówce paryskiej (egzotyczna przygoda z murzynem).
 
Rzecz komentował czytelnik wyrobiony i wychowany na literaturze wysokich lotów. Zwolennicy groszowych broszurek, pełnych krwi, sensacji i seksu, gustowali jednak dokładnie w takich przyziemnych dziełkach. Teraz z pasją zaczytywali się w kazirodczych scenach Midowiczowej. I najwidoczniej chcieli więcej, bo kobieta wydała kolejną powieść, zaczęła publikować wiersze i malować, a po paru latach dostała nawet własne hasło w popularnej Encyklopedii Gutenberga.
 
Redaktorzy biogramu zapewniali, że powieści autorki "odznaczają się świeżą pomysłowością i subtelnym liryzmem". Trudno się zgodzić z którąkolwiek z tych pochwał. Liryzm był czysto brukowy, a pomysł – mocno wyświechtany. Przecież już 7 lat wcześniej figlarne pisemko "Bocian" ogłosiło, że kazirodztwo jest modne. I stwierdzenie to zilustrowało dosadnym opowiadaniem.
 
Bohaterowie utworu to para przypadkowych kochanków. On – 45-letni, rosły blondyn, o ogorzałej twarzy. Ona miała na imię Marcela. Poznali się w hotelowym barze, ale już po kilku drinkach znaleźli się w jego pokoju. Namiętne spotkanie zakończyło się zaskakującą konstatacją.
 
Blondyn to rodzony, ale niewidziany od lat wuj Marceli. Nie ma mowy o przerażeniu czy obrzydzeniu. Żarciki przeplatają się z obserwacjami odnośnie podobieństw w wyglądzie. A kobieta stwierdza nawet na koniec schadzki: "Wuju, jeśli spotkasz mamę, powinieneś jej to opowiedzieć. Jestem pewna, że ją to zainteresuje!".
 
Z takim podejściem do tematu na pewno zgodziliby się polscy piewcy rewolucji seksualnej. Dla postępowców kazirodztwo stanowiło kolejny bastion obyczajowy wymagający zdobycia. Tadeusz Boy-Żeleński pisał o „nowej ekonomii miłosnej”, zgodnie z którą każda pozbawiona kochanka ciotka powinna sypiać ze swoim niedoświadczonym seksualnie, ale rozochoconym siostrzeńcem czy bratankiem. To samo tyczyło się zapewne wujów i siostrzenic, a może nawet – rodzeństwa. Seks bez uprzedzeń i przesądów, ale też bez żadnych oczekiwań i zobowiązań.
 
Stosunki płciowe z bliskimi krewniakami nie raziły nawet jednego z najważniejszych liderów europejskiej polityki. W 1907 roku ukazała się we Francji książka O małżeństwie. Autor wyjaśniał w niej: "Nigdy nie rozumiałem, co tak odpychającego jest właściwie w kazirodztwie. Nie wnikając, z jakich powodów kazirodztwo, tolerowane i zalecane w pewnych społeczeństwach, jest uważane za przestępstwo w naszym, zauważam jedynie, że miłość zmysłowa do brata czy siostry jest naturalna i często się ją spotyka". Książka wyszła spod ręki młodego, lewicującego publicysty Leona Bluma. Pewnie nikt by o niej nie pamiętał, gdyby nie fakt, że w 1937 roku ukazało się drugie wydanie. A wtedy Blum był już szefem francuskiego rządu i idolem warstw robotniczych.
 
Prawicowe gazety z całego kontynentu straszyły czytelników, że jeszcze chwila i kazirodztwo stanie się nie tylko dozwolone, ale wręcz… przymusowe. A Blum wprowadzi seksualną dyktaturę, w której córki robotników „będą mieć przed ślubem niezliczoną liczbę kochanków”, zaś dzieci, które urodzą się na skutek „karygodnego zaniedbania” będą przechodzić na własność państwa. O tym właśnie mogli przeczytać odbiorcy „Falangi”, wydawanej przez najbardziej radykalny odłam polskich narodowców. Z kolei prawicowy i z lekka faszyzujący „Orędownik” wściekał się, że inne gazety w ogóle poruszają ten temat. Bo przecież sama wzmianka o książce, jej tytule i tezach już może działać demoralizująco na zdrową, polską młodzież!
 
Publicznie trwały światopoglądowe przepychanki. Prasa podsycała jeszcze emocje, przytaczając kazirodcze historie ze zbrodnią lub skandalem w tle. A to teściowa wspólnie z zięciem podrabiali biżuterię, czas umilając sobie seksem. To znowu dwoje nastolatków dopiero na ślubnym kobiercu odkryło, że są rodzeństwem. Był też przypadek grójeckiego Żyda Moszka Gruntewajga, który postrzelił swoją 28-letnią żonę i 70-letniego teścia, ponieważ podejrzewał ich o romans.
 
Wreszcie pisano – i to nawet w pracach seksuologicznych! – o młodzieńcu, który "znalazł się całkowicie pod rozkazami starszej o 15 lat" ciotki. Stosunek płciowy, totalne uzależnienie, a wreszcie morderstwo. Bo chłopak na żądanie kochanki zabił jej męża, a swojego wuja. Trupa rozczłonkowali już wspólnie.
 
Wszystkie te opowieści przykuwały uwagę gawiedzi. Zarazem jednak maskowały brutalną prawdę, o której media mówiły już o wiele mniej chętnie. W Polsce kazirodztwo było powszechne.
 
o2.pl
 

Dodaj komentarz


Szukaj

Newsletter

Zapisując się na newsletter, zgadzam się na przetwarzanie danych osobowych, akceptując warunki Polityki prywatności.
BIGtheme.net http://bigtheme.net/ecommerce/opencart OpenCart Templates