Beate Uhse, czołowa postać branży erotycznej
 
Gdyby władze alianckie pozwoliły jej na latanie, być może założyłaby linię lotniczą. Zamiast tego Beate Uhse rozpoczęła rewolucję seksualną, otwierając pierwszy na świecie sex-shop.
 
Pani prezes, właścicielka sieci sex-shopów, w czarnej spódnicy, śmieje się niczym nastolatka, tak ją zapamiętam. W oczach niemieckiej lewicy jest kobietą sukcesu, wyzwoloną z mieszczańskich zabobonów. Dla chadeków pozostaje diabłem w minispódniczce. – Przez całe życie robiłam, co chciałam. Nie po to, by komuś coś udowodnić, lecz dlatego, że czułam, iż postępuję słusznie – powie w 1999 r. w jednym z wywiadów udzielonych z okazji debiutu giełdowego jej erotycznego koncernu. Kiedy dwa lata później w szwajcarskim St. Gallen przegra walkę z ostrym zapaleniem płuc, będzie jedną z najbogatszych kobiet w Europie i kawalerem Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec za „trudne do przecenienia osiągnięcia w edukacji seksualnej kraju i Europy”.
 
Świat, na który 25 października 1919 r. przyszła Beate Köstlin, lizał rany po wielkiej wojnie. Miasta miały wkrótce utonąć w dekadenckiej zabawie, lecz na prowincji obyczajami wciąż rządziła XIX-wieczna pruderia. W konserwatywnym światku wschodniopruskich junkrów Wargenau – rodowy majątek Köstlinów koło Królewca – był oazą nowoczesności. Matka Beate, Margarete, była jedną z pięciu pierwszych kobiet w Niemczech, które dopuszczono do wykonywania zawodu lekarza i otwarcie domagała się „edukacji higienicznej” dzieci, przez co rozumiano wówczas oświatę seksualną. Beate zapamiętała z dzieciństwa swobodne rozmowy z mamą o prokreacji, własnym ciele i higienie intymnej.
 
Córka odziedziczyła po matce temperament i ciekawość świata. Gdy miała osiem lat, brat opowiedział jej mit o Ikarze. Odtąd zamiast lalkami bawiła się skrzydłami zlepionymi z gliny i pierza, za pomocą których usiłowała wzlecieć z domowej werandy. Dziewięć lat później ojciec załatwił jej miejsce na kursie pilotażu. Ukończyła go z wyróżnieniem. Kilkanaście miesięcy później otrzymała dyplom upoważniający do uczestnictwa w pokazach akrobatycznych i lotach testowych. Dostała propozycję pracy jako pilot oblatywacz w firmie Bücker-Flugzeugbau GmbH. Rodzice cieszyli się jej szczęściem, ale nie kryli zawodu z powodu rezygnacji ze studiów.
 
Gdy w 1939 r. Hitler rozpoczął wojnę i fabryki w Niemczech przestawiły się na pracę dla armii, Beate Uhse – zmieniła nazwisko po ślubie z kolegą z teamu akrobatycznego – została pilotem wojskowym. Los oszczędził jej wprawdzie udziału w misjach militarnych, lecz jako pilot oblatywacz testowała nowe maszyny dla Luftwaffe. Podczas jednej z takich misji cudem uniknęła zestrzelenia przez alianckie myśliwce. Jej mąż Hans-Jürgen Uhse miał mniej szczęścia. Na początku 1945 r. dostała telegram o jego śmierci na froncie wschodnim. W wieku niespełna 26 lat została wdową z dwuletnim dzieckiem.
 
Kwiecień 1945 r. Wojska radzieckie zamknęły kleszcze wokół Berlina. Dywizjon dostał rozkaz ewakuacji na zachód, ale Beate postanowiła najpierw przedrzeć się do domu na przedmieściach Berlina po syna Klausa. Kiedy wróciła na lotnisko, po jednostce nie było śladu. Na pasie startowym został tylko jeden kilkumiejscowy samolot Siebel Fh 104. Uhse znała tę maszynę wyłącznie z widzenia, lecz innej drogi ucieczki z oblężonego Berlina nie było. Podczas tankowania pobieżnie przestudiowała podręcznik pilotażu i z synem, nianią i dwójką rannych żołnierzy odleciała na północ.
 
Wylądowali w Leck, tuż przy duńskiej granicy. Uhse liczyła, że w tym rolniczym regionie, oszczędzonym przez bombardowania, najłatwiej będzie przetrwać pierwsze powojenne miesiące. Na rodziców nie mogła już liczyć. Matka zmarła w czasie wojny. Ojciec zaginął podczas chaotycznej ewakuacji Niemców z Prus Wschodnich. Jako była pilot Luftwaffe znalazła się na alianckiej czarnej liście – nie miała szans na powrót do zawodu. Pozostał jej handel obwoźny. – Krążąc po domach, wysłuchiwałam przerażających opowieści kobiet – wspominała po latach. – Mężczyźni, którzy wracali z frontu do domu, płodzili dzieci, nie myśląc o tym, czym je potem wykarmią i w co ubiorą. Kobiety decydowały się na pokątną aborcję, ryzykując życie.
 
Postanowiła spisać wszystko, czego o naturalnej antykoncepcji nauczyła ją matka i sprzedawać te porady wysyłkowo. Za druk pierwszych dwóch tysięcy ulotek zapłaciła 2,5 kg masła. Druk kolejnych egzemplarzy mogła już sfinansować gotówką. Ponad 32 tys. kopii broszury „Schrift X” (niem. „Skrypt X”) rozeszło się po Niemczech jak ciepłe bułeczki, a na adres domowy Beate we Flensburgu zaczęły spływać listy z prośbą o porady higieniczne i erotyczne. „Niewiedza tych ludzi była równie porażająca, co liczba proszących o pomoc” – pisała Uhse w autobiografii.
 
Był rok 1948. Beate nazywała się wtedy już Uhse-Rotermund. Z typową dla siebie energią, wsparta doświadczeniem i kapitałem drugiego męża, miejscowego biznesmena, rzuciła się w kolejne przedsięwzięcie. Stworzyła dom wysyłkowy Betu oferujący – obok broszur – także prezerwatywy i erotyczną bieliznę. Przychody rosły, dwa lata później firma miała 14 pracowników, a Beate, która w międzyczasie urodziła drugiego syna, odkryła, że biznes może być równie ekscytujący jak latanie. Męża kręciło co innego. Kilka lat później zostawił ją dla 21-letniej pomocy domowej o imieniu Helga, z którą dzielił zainteresowanie jogą. – Bez niego biznes zaczął iść jeszcze lepiej, choć przyznaję, cierpiałam przez jego niewierność – wspominała Uhse. Na oficjalny rozwód z Ernstem-Walterem Rotermundem znalazła czas dopiero w 1972 r. Kolejne lata miały okazać się kluczowe dla jej kariery.
 
22 grudnia 1962 r. otworzyła we Flensburgu „specjalistyczny sklep higieny małżeńskiej”, skromnie wciśnięty między piekarnię i masarnię. Celowo wybrała mało prestiżową lokalizację i datę bliską Bożego Narodzenia, gdy opinię publiczną zajmują świąteczne zakupy, a nie protesty. A i tak powstanie pierwszego sex-shopu zbulwersowało Niemcy, choć wszystkie artykuły w sklepie miały służyć – jak podkreślano na każdym kroku – pielęgnowaniu miłości w małżeństwie. Jednak w 1962 r. była to rewolucja. Nikt nie słyszał jeszcze o uprawianiu wolnej miłości, a w filmach szczytem obyczajowej odwagi była odsłonięta pierś.
 
W sklepie Beate Uhse towary miały numery, a kupujący przepisywali je na karteczki, które wręczali ekspedientkom. Zamówienie wracało do nich starannie zapakowane, aby nikt nie dostrzegł, co jest w środku. Pruderia w formie, nowoczesność w treści – tak należało serwować erotykę Niemcom. Klienci walili drzwiami i oknami. Zaledwie 9 lat od otwarcia pierwszego sklepu Beate Uhse miała już 25 sex-shopów rozsianych po całym kraju i 30 mln marek rocznych przychodów.
 
Nie wszyscy to akceptowali. We Flensburgu miejscowy klub tenisowy przez 35 lat nie chciał przyznać jej członkostwa, aż wreszcie Uhse wybudowała sobie prywatny kort. Feministki oskarżały ją o przedmiotowe traktowanie kobiet, a obrońcy mieszczańskiej moralności pisali na nią donosy i zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa. Do połowy lat 70. firma przeszła ponad 2 tys. kontroli. Tylko jedna z nich wykazała nieprawidłowości – inspektorowi, który za pieniądze podatnika udał się do jednego z kin porno, podano jedynie dwa napoje alkoholowe, choć w cenę biletu wliczone były trzy.
 
– Mój biznes nie różni się specjalnie od piekarni. Piekarze, którzy nie dostrzegli w porę mody na chleb wieloziarnisty, dawno zbankrutowali – tłumaczyła Uhse dziennikarzom. Pod koniec lat 70. w sex-shopach sieci Beate Uhse można było kupić już ponad 7 tys. artykułów – od prezerwatyw i frywolnej bielizny po twardą pornografię i akcesoria dla miłośników sadomasochistycznych zabaw. W 1975 r. firma uruchomiła sieć kin porno Blue Movie i Starlight. Rok później ruszyła wypożyczalnia filmów, a w 1979 r. sieć sklepów Dr Mueller’s. Komentatorów wyrażających zdumienie, skąd ta erotyczna ofensywa starszej już pani, Uhse stawiała do pionu prostą odpowiedzią: – Czy w gorzelniach pracują tylko alkoholicy? To, że handluję pornografią, nie czyni ze mnie erotomanki. Chadekom, którzy ustawicznie wytykali jej obrazę moralności, odpowiedziała: – Nie jestem Jezusem, tylko przedsiębiorcą. Zarabiam pieniądze i płacę podatki, za które możecie zbawiać świat.
 
W 1983 r. lekarze zdiagnozowali u Beate Uhse raka żołądka. Szybka kuracja uratowała jej życie, ale zmusiła do oddania władzy w firmie synom. Gdy umierała 16 lipca 2001 r. po nagłym ataku zapalenia płuc, stworzona przez nią firma działała w 50 krajach, a jej przychody sięgały 170 mln marek rocznie. Kurs giełdowy Beate Uhse AG piął się i nic nie zwiastowało kłopotów. 10 lat później wszystko wyglądało inaczej – spółka kończyła rok rekordową stratą blisko 68 mln euro. Sprzedaż firmy w ciągu sześciu lat spadła z 270 do ledwie 149 mln euro, a akcje potaniały prawie dziesięciokrotnie.
 
W czasach gdy Beate Uhse zaczynała przygodę z biznesem, erotyka była dobrem rzadkim, bo mało kto miał odwagę sprzedawać ją oficjalnie. Dzisiaj seks spowszedniał i potaniał. Kłopoty Beaty Uhse AG (podobnie jak kłopoty Hugh Hefnera, twórcy „Playboya”) są ilustracją internetowego paradoksu. Internet, w którym tak wiele jest seksu, zabija seksbiznes.
 
newsweek.pl
 

Dodaj komentarz


Szukaj

Ostatnio dodane

Newsletter

Zapisując się na newsletter, zgadzam się na przetwarzanie danych osobowych, akceptując warunki Polityki prywatności.
BIGtheme.net http://bigtheme.net/ecommerce/opencart OpenCart Templates